Mąż nie pojechał na te swoje narty... Nie było śniegu. Może pojedzie pod koniec lutego albo w marcu ale to wątpliwe, bo ten kolega chyba w tym terminie nie pojedzie. Widzimy się rzadko, bo ciągle jest w pracy. Dzieci zamiast tęsknić nie chcą się z tatą bawić, nie chcą z nim usypiać. A Lala wczoraj protestowała, żeby tata jechał z nami do dziadków z okazji ich święta. Nie kumam dlaczego tak się dzieje. Ja ich zupełnie nie ukierunkowuje w tym temacie. Mama jest niezastapiona podczas wszystkich czynności. Jak już coś to ewentualnie może być babcia ale tata nie.
Podobno ten trudny okres w pracy dobiega końca i mój mąż planuje odbierać te wszystkie nadgodziny... Nie wiem co to będzie... Co my będziemy robić?? Jeszcze 2 lata temu bym się cieszyła i miała mnóstwo planów. A teraz... będzie nam chyba za ciasno.
Za kilka dni mąż ma urodziny. Nie miałam zamiaru mu nic kupować. Ani pomysłu nie miałam, bo wszystkie zostały wykorzystane na gwiadkę. Ani ochoty, bo moje urodziny miesiąc temu mąż przemilczał. Chociaż jak zwykle wpadli z życzeniami rodzice jedni i drudzy więc nie dało się zapomnieć. Zaświtał mi jednak taki pomysł, aby wykorzystać tę okazję i zrobić pierwszy krok do przełamania tego marazmu. Przy okazji sprawić sobie przyjemność. Pomyślałam, żeby kupić bilety do teatru. W niedzielę byłam z Lalą w teatrze i przypomniałam sobie, że mi tego brakuje. Stąd właściwie wziął się ten pomysł. Mąż z pewnością nie odmówi. A ja miło spędzę czas. I jeszcze może się to jakoś korzystnie odbije...
środa, 23 stycznia 2013
czwartek, 17 stycznia 2013
Chaos
W moim domu i w moim życiu panuje ostatnio straszny chaos. Miałam kilka pomysłów na posta. A kiedy mam możliwość usiąść do kompa to mam pustkę w głowie. Niby wiem co chciałam napisać ale słów mi brakuje. Inna sprawa, że coraz rzadziej mam możliwość spokojnie posiedzieć przy kompie w dzień, bo Miś najczęściej już nie śpi w dzień. Wieczorem zwykle robię inne rzeczy. Poza tym jest mąż w domu a mój blog to tajemnica... Mam wrażenie, że ostatnio nie mogę ogarnąć domu, dzieci. Mam na myśli okropny bałagan i wiecznie płaczące i czegoś chcące dzieci. Wczoraj i dziś trochę ogarnęłam dom i trochę mi lepiej. Poczułam, że odzyskuję kontrolę.
Pomyślałam, że muszę sobie napisać jakiś program odżywiania i ćwiczeń. Chodzi mi o to, żeby stworzyć sobie takie indywidualne menu np na tydzień. Ustalić sobie jakiś czas na bieganie i przestrzegać tego. Mam problem z systematycznością i podjadaniem. Na stresujące sytuacje reaguję niekontrolowanym podjadaniem. Zwłaszcza czekolady, ciastek i innych słodyczy. A jak nic takiego nie ma w domu to aż mnie nosi. Obiecuję sobie, że będę nad tym panować ale mi to nie wychodzi. Może jak sobie ustalę taki plan to coś się poprawi. Bo efekt ostatniego roku jest taki, że szlag trafił to co schudłam 2 lata lemu. Żle mi z tym okropnie. Bo wiem, że można schudnąć i nie jest to jakaś katorga tylko trzeba mieć motywację.I przede wszystkim nie zajadać kłopotów.
Misiek daje czadu ostatnio. Jako, że jestem z dzieciakami sama od 6 rano do późnego popołudnia to wszędzie muszę chodzić z nimi. Rano zaprowadzamy Lalę do przedszkola. I zaczynają się problemy, bo Misiek nie chce. Nie chce i już. Żadne argumenty nie skutkują. Kończy się to siłowym ubieraniem i wyjściem z płaczem. Potem Misiek nie chce wysiąść z samochodu. Więc biorę go pod pachę i idziemy z płaczem. W przedszkolu panie wyglądają z sal zobaczyć co za krzywda się dziecku dzieje. Lalę trzeba zaprowadzić na górę. Tzn nie trzeba, bo może sama pójść, ale księżniczka sobie życzy, żeby ją odprowadzić pod same drzwi. Misiek nie chce iść na górę. Zostać i poczekać przy schodach (jak robił to wcześniej) też nie chce. Więc idę z Lalą na górę, Misiek z wyciem za nami. Potem trzeba wracać na dół, Misiek nie chce. Biorę więc pod pachę i wychodzimy na syrenie. Taki scenariusz powtarza się od poniedziałku. Podobnie jest jak idziemy odebrać Lalę. Wczoraj myślę sobie nastraszę gnoja. Nie chcesz iść to idę sama. Ubrałam się, wyszłam, wyprowadziłam auto z garażu. Wracam i spodziewam się, że płacze i woła za mną a on co? Schował mi się i jeszcze musiałam go szukać. Ubaw miał, że mi kawał zrobił, a wyjśc i tak nie chciał. Więc znowu ubierałam go techniką siłową. Po drodze płacze, że zapomniał rękawiczek. Pokazuję mu, że mam jego rękawiczki. To ten wtedy w płacz, że on nie chce rękawiczek... Chyba niedługo zwariuję.
Pomyślałam, że muszę sobie napisać jakiś program odżywiania i ćwiczeń. Chodzi mi o to, żeby stworzyć sobie takie indywidualne menu np na tydzień. Ustalić sobie jakiś czas na bieganie i przestrzegać tego. Mam problem z systematycznością i podjadaniem. Na stresujące sytuacje reaguję niekontrolowanym podjadaniem. Zwłaszcza czekolady, ciastek i innych słodyczy. A jak nic takiego nie ma w domu to aż mnie nosi. Obiecuję sobie, że będę nad tym panować ale mi to nie wychodzi. Może jak sobie ustalę taki plan to coś się poprawi. Bo efekt ostatniego roku jest taki, że szlag trafił to co schudłam 2 lata lemu. Żle mi z tym okropnie. Bo wiem, że można schudnąć i nie jest to jakaś katorga tylko trzeba mieć motywację.I przede wszystkim nie zajadać kłopotów.
Misiek daje czadu ostatnio. Jako, że jestem z dzieciakami sama od 6 rano do późnego popołudnia to wszędzie muszę chodzić z nimi. Rano zaprowadzamy Lalę do przedszkola. I zaczynają się problemy, bo Misiek nie chce. Nie chce i już. Żadne argumenty nie skutkują. Kończy się to siłowym ubieraniem i wyjściem z płaczem. Potem Misiek nie chce wysiąść z samochodu. Więc biorę go pod pachę i idziemy z płaczem. W przedszkolu panie wyglądają z sal zobaczyć co za krzywda się dziecku dzieje. Lalę trzeba zaprowadzić na górę. Tzn nie trzeba, bo może sama pójść, ale księżniczka sobie życzy, żeby ją odprowadzić pod same drzwi. Misiek nie chce iść na górę. Zostać i poczekać przy schodach (jak robił to wcześniej) też nie chce. Więc idę z Lalą na górę, Misiek z wyciem za nami. Potem trzeba wracać na dół, Misiek nie chce. Biorę więc pod pachę i wychodzimy na syrenie. Taki scenariusz powtarza się od poniedziałku. Podobnie jest jak idziemy odebrać Lalę. Wczoraj myślę sobie nastraszę gnoja. Nie chcesz iść to idę sama. Ubrałam się, wyszłam, wyprowadziłam auto z garażu. Wracam i spodziewam się, że płacze i woła za mną a on co? Schował mi się i jeszcze musiałam go szukać. Ubaw miał, że mi kawał zrobił, a wyjśc i tak nie chciał. Więc znowu ubierałam go techniką siłową. Po drodze płacze, że zapomniał rękawiczek. Pokazuję mu, że mam jego rękawiczki. To ten wtedy w płacz, że on nie chce rękawiczek... Chyba niedługo zwariuję.
niedziela, 13 stycznia 2013
Obojętność
Obojętność to jest to co obecnie czuję do męża. Już się nie denerwuję, nie wkurzam i już chyba nic mnie nie zdziwi. A każdy kolejny dzień utwierdza mnie w przekonaniu o życiowej pomyłce...
piątek, 11 stycznia 2013
Coś pozytywnego
Już myślałam, że straciłam koleżankę. Odkąd pamiętam to zawsze ja do niej dzwoniłam, słałam smsy, odwiedzałam, namawiałam na spotkania. Bo mieszkamy bardzo blisko a jednak daleko... Często kiedy dzwoniłam to słyszałam "myślałam dzisiaj o Tobie, miałam zadzwonić". Bo ja taka jestem, że lubię z ludźmi gadać, spotykać się. I jak siedzę z dzieckiem w domu to brakuje mi kontaktu z innymi dorosłymi. Więc szukam kontaktu, dzwonię do znajomych bliższych i dalszych zapytać co słychać. Chętnie wpadam gdzieś na kawkę i jeszcze chętnie robię komuś kawkę u siebie. Gdzieś tak pod koniec września pomyślałam, że ja się tej koleżance chyba narzucam i już tak nie chcę. Chciałam się przekonać kiedy ona się odezwie, czy w ogóle sobie o mnie przypomni... Nie wysłałam też smsa z życzeniami na święta. Oczekiwałam jednak, że od niej takiego dostanę i odpiszę. Żal mi było tej znajomości. Ten brak odezwu utwierdzał mnie w przekonaniu, że nie mogę pchać się do czyjegoś życia jeśli ten ktoś nie ma na to ochoty. Trudno. Smutno mi było z tego powodu. Aż tu przedwczoraj koleżanka przyjechała popołudniu. Doznałam szoku. Tego nigdy bym się nie spodziewała. Wypiłyśmy herbatkę. Przeprosiła, że tak długo się nie odzywała. Mówiła, że zmieniła telefon i straciła część kontaktów. Było mi miło, że nie przekreśliła tej znajomości. A jak dalej będzie to zobaczymy.
EDIT
Chyba chodziło tylko o to, żeby mnie zaprosić na prezentację jakichś garów. Tu zonk, bo ja nienawidzę takich prezentacji i ciśnienie mi się podnosi na samą myśl. Odmówiłam. Koleżanka nie pojawiłą się na umówionym spotkaniu, nie odbierała telefonu, nie oddzwoniła i nie odpowiedziała na smsa. A jak już siedziałyśmy przy piwku z MM napisała, że źle się czuje i nie przyjdzie. Przykre...
EDIT
Chyba chodziło tylko o to, żeby mnie zaprosić na prezentację jakichś garów. Tu zonk, bo ja nienawidzę takich prezentacji i ciśnienie mi się podnosi na samą myśl. Odmówiłam. Koleżanka nie pojawiłą się na umówionym spotkaniu, nie odbierała telefonu, nie oddzwoniła i nie odpowiedziała na smsa. A jak już siedziałyśmy przy piwku z MM napisała, że źle się czuje i nie przyjdzie. Przykre...
czwartek, 3 stycznia 2013
Święta, święta i po świętach.... Chyba jednak się cieszę, że już jest po. Święta minęły nadzwyczaj spokojnie. Nadal straszny spokój u nas ale to tylko cisza przed burzą. Jak mąż mnie wkurza to brak mi słów. Wkurza mnie to co robi a jeszcze bardziej wkurza mnie to czego nie robi. Zastanawiam się czy to ja jestem z innego świata, czy może mam tak płytką wyobraźnię, że po prostu niektórych rzeczy nie jestem w stanie zrozumieć. Nie umiem sobie wyobrazić jak można nie zainteresować się swoją rodziną będąc 18 godzin poza domem. Jak można wyjść do pracy jak wszyscy śpią, wrócić jak wszyscy śpią i przez cały ten czas nie zainteresować się jak u nas. Wspomnę tylko, że to był czas kiedy dzieci były chore, siedzieliśmy w domu, a tym czy nam czegoś nie potrzeba interesowała się teściowa i sąsiadka. Babcie były w stanie dzwonić kilka razy dziennie i pytać jak dzieci (w sensie zdrowieją czy nie), nawet koleżanka spotkana w aptece pisze potem smsa czy u nas lepiej a własny ojciec ma nas głęboko w dupie. W tamten dzień napisałam do niego smsa z zapytaniem czy w następny dzień też go nie będzie. Odpowiedzi się nie doczekałam. W Nowy Rok zaproponowałam, żebyśmy może wyszli na jakiś spacer. A mąż zdziwiony się pyta: "A dzieci już zdrowe???" Nie zauważył, że skończyły kaszleć, brać lekarstwa i od kilku dni wychodziły na dwór. Brak mi słów, kłócić mi się nie chce. Przestałam oczekiwać, że zrozumiem jego motywy działania, bo doszłam do wniosku, że nie mam tak wybujałej wyobraźni. Chyba nigdy nie pojmę jak można kilka godzin dziennie poświęcić na wyszukiwanie oferty wyjazdu na narty (musi być najlepsza i najtańsza), ileś tam czasu na przejrzenie wykresów notowań, przeczytanie pudelka i innych pierdół a nie poświęcić ani minuty na zainteresowanie się swoją rodziną. Wiem, że w pracy jest się po to, żeby pracować i czasami można mieć urwanie głowy, ale nie zrozumiem jak można przez cały dzień nie skierować myśli w stronę najbliższych. Choćby jedząc kanapkę albo siedząc na kiblu. Trudno się żyje ze świadomością, że jest się tak daleko w hierarchii wartości. Za nartami, żużlem, giełdą, pudelkiem, oczywiście pracą i jeszcze paroma innymi rzeczami. Nie mogę się doczekać tego wyjazdu na narty. Mam nadzieję, że znajdzie ofertę najlepszą i najtańszą i że kolega z którym ma jechać się nie wycofa. Chcę pobyć sama przez kilka dni, chcę go nie widzieć przez kilka dni. Liczę na to, że może w jakiś sposób nam to pomoże.
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Świątecznie
Już prawie wszystko przygotowane. Zostało mi ugotować łazanki, nakryć stół i ostatecznie odkurzyć. Choinka stoi od soboty. Prawie wszystkie ozdoby powiesiła Lala. Za chwilę zaproponuję Lali takie małe domowe SPA :-). Obie pomalujemy sobie paznokcie. Potem urządzimy salon fryzjerski, a na koniec się wystroimy.
Chorobowo sytuacja jest opanowana. Mam mocne postanowienie, że cokolwiek będzie mówione i robione nie będę się denerwować i przejmować. Totalna olewka nastrojów mojej mamy i nicnierobienia męża. Dokładnie 10 dni temu gadałam z mamą przez telefon. Chciałam podpytać co jej kupić na gwiazdkę. A ona do mnie: "Nic mi nie kupuj, bo ja chyba nie przyjdę", "dlaczego?????" "Bo mnie głowa boli"..... 10 dni przed Wigilią. Powiedziałam, żeby mnie nie wkur.... i się rozłączyłam. Ale dzień miałam zrąbany. Teraz jest chora. Ma chyba to samo co dzieci, mąż i teściowa. Ale do lekarza nie pójdzie. Bo ona i tak nie może leków brać, bo jest uczulona. A uczulona jest na acetylosalicylany i faktycznie są one w większości leków typu Gripex itp. Ale są też inne leki bez tego składnika. A czasami po prostu trzeba wziąć antybiotyk, tak jak zrobili pozostali chorujący. Tylko czekałam jak powie, że nie przyjdzie na Wigilię, bo jest chora i taka strasznie cierpiąca. Powiedziałam jej, że nie mam zamiaru jej współczuć, bo jakby chciała sobie poprawić samopoczucie to do lekarza by poszła. Ona jednak woli stosować swoje czary mary.
Inna kwestia jest taka, że wszyscy mnie podpytywali co komu kupić. Byłam takim jakimś centrum wyciągającym informacje od jednych i przekazującym je innym. Włącznie z informacjami o tym co sama bym chciała. I nic mnie nie zaskoczy pod choinką :-(. Chyba.... A ja lubię niespodzianki!
Życzę wszystkim nienerwowych Świąt! I miłych wspomnień z tych kilku dni!
Chorobowo sytuacja jest opanowana. Mam mocne postanowienie, że cokolwiek będzie mówione i robione nie będę się denerwować i przejmować. Totalna olewka nastrojów mojej mamy i nicnierobienia męża. Dokładnie 10 dni temu gadałam z mamą przez telefon. Chciałam podpytać co jej kupić na gwiazdkę. A ona do mnie: "Nic mi nie kupuj, bo ja chyba nie przyjdę", "dlaczego?????" "Bo mnie głowa boli"..... 10 dni przed Wigilią. Powiedziałam, żeby mnie nie wkur.... i się rozłączyłam. Ale dzień miałam zrąbany. Teraz jest chora. Ma chyba to samo co dzieci, mąż i teściowa. Ale do lekarza nie pójdzie. Bo ona i tak nie może leków brać, bo jest uczulona. A uczulona jest na acetylosalicylany i faktycznie są one w większości leków typu Gripex itp. Ale są też inne leki bez tego składnika. A czasami po prostu trzeba wziąć antybiotyk, tak jak zrobili pozostali chorujący. Tylko czekałam jak powie, że nie przyjdzie na Wigilię, bo jest chora i taka strasznie cierpiąca. Powiedziałam jej, że nie mam zamiaru jej współczuć, bo jakby chciała sobie poprawić samopoczucie to do lekarza by poszła. Ona jednak woli stosować swoje czary mary.
Inna kwestia jest taka, że wszyscy mnie podpytywali co komu kupić. Byłam takim jakimś centrum wyciągającym informacje od jednych i przekazującym je innym. Włącznie z informacjami o tym co sama bym chciała. I nic mnie nie zaskoczy pod choinką :-(. Chyba.... A ja lubię niespodzianki!
Życzę wszystkim nienerwowych Świąt! I miłych wspomnień z tych kilku dni!
piątek, 21 grudnia 2012
A jednak tradycja
Tak, chorowanie w Święta to jednak nasza tradycja. Wczoraj wylądowałam u lekarki z..... Lalą. Wróciła z przedszkola ze strasznym bólem ucha. Przeraziłam się, bo ja nigdy nic z uszami nie miałam a z opowieści teściowej wiem, że to się ciągnie wiele lat nawet. A okazało się, że Lala ma zapalenie oskrzeli. Żadnego kaszlu, gorączki i innych objawów. Jakby nie to ucho to przecież w ogóle bym jej do lekarki nie zabrała. Mąż też odwiedził lekarza. Kaszle, chrypi i boli go gardło. Miś już coraz lepiej. Wnioskuję, że chyba też miał zapalenie oskrzeli, a po antybiotyku zdrowieje. Jak coś to w weekend albo nawet we Wigilię mogę do lekarki dzwonić. Ja się jakoś trzymam. Chociaż był taki 1 dzień, kiedy czułam się paskudnie. Bolało mnie gardło i łamało w kościach. Wieczorem zrobiłam sobie grzańca z miodem i sokiem malinowym. I historia się powtórzyła. Zanosi się na to, że w Święta tylko ja będę zdrowa.
Cieszę się, że zakupy w zasadzie mam już zrobione, bo zostałam uziemiona sama z dzieciakami w domu i nawet po chleb się nie ruszę. Mąż pomimo choroby do pracy chodzi na całe dnie. Coś tam w pracy mu instalują i on musi tego pilnować, bo jest za to odpowiedzialny. We Wigilię też pójdzie do pracy. Mówi, że na krótko.
W tym roku Wigilia po raz drugi u nas. Trzeba jeszcze zwyczajnie posprzątać, ubrać choinkę i coś ugotować. Musimy jak najwięcej zrobić w weekend, żebym w poniedziałek nie została ze wszystkim sama. Na szczęście nie mam dużo gotowania, bo babcie były takie chętne, że niewiele mi zostało. Tylko to co najprostsze: kompot, kapustę z grzybami, śledzika i mam w planach jeszcze kutię zrobić.
Cieszę się, że zakupy w zasadzie mam już zrobione, bo zostałam uziemiona sama z dzieciakami w domu i nawet po chleb się nie ruszę. Mąż pomimo choroby do pracy chodzi na całe dnie. Coś tam w pracy mu instalują i on musi tego pilnować, bo jest za to odpowiedzialny. We Wigilię też pójdzie do pracy. Mówi, że na krótko.
W tym roku Wigilia po raz drugi u nas. Trzeba jeszcze zwyczajnie posprzątać, ubrać choinkę i coś ugotować. Musimy jak najwięcej zrobić w weekend, żebym w poniedziałek nie została ze wszystkim sama. Na szczęście nie mam dużo gotowania, bo babcie były takie chętne, że niewiele mi zostało. Tylko to co najprostsze: kompot, kapustę z grzybami, śledzika i mam w planach jeszcze kutię zrobić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)